piątek, 19 lutego 2016

Rozdział 14

-Hejka Bell idziesz ze mną do Kościoła ,potem? - pytała Weronika

-No hej ,jasne tylko na którą?

-16;30?

-Okey

-To o 16;15 pod moim domem

-ok

-haha ,a co tam teraz robisz?

-siedzę i się mega nudzę ,a ty?

-ja to samo haha

-o której wstałaś?

-nie mam pojęcia haha , chyba jakieś 50 minut temu haha

-to se nieźle possałaś haha

-a ty?

- z 40 minut temu haha

-to widzę ,że ty też sobie pospałaś haha

-no może ,trochę haha

-dobra ja lecę ,jeść obiadośniadanie haha

-oks ,papatki do 16;15

-nom ,papa

*

Wyszłam z domu i udałam się w kierunku ,domu Weroniki. Szłam sobie przez park ,gdy zobaczyłam Rossa ,który siedział na rowerze ze swoimi kumplami.
Nogi mi się ugięły ,ale próbowałam iść dalej. Śmiał się wniebogłosy ,miałam ochotę zacząć się śmiać ,ale powstrzymałam się.
Gdy zobaczyłam ,że mnie zauważył ,przyśpieszyłam kroku,a na mojej twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha. Szłam przez park szczerząc się jak głupi do sera.
Gdy doszłam do domu Werki ,ona juz stała przy drzwiach.

-jezu ,jak się ciesze

-co się stało? Widziałaś go?hah

Znała mnie juz na tyle dobrze ,że wiedziała ,że wystarczy iż go zobaczę i już się szczerze.

-tak ,nawet nie wiesz jak sie cieszę,dzisiaj jadę do babci i nie będę już go widywała w wakacje ,no chyba ,że na imprezie ,która jest co roku organizowana

-no oby haha

-mam nadzieję

-dobra chodźmy ,bo się spóźnimy

-oks haha

-ej idziemy gdzieś potem?

-jasne

*
Po mszy ,poszłyśmy w stronę parku.

-To gdzie idziemy? - spytałam

-hmm ,tam gdzie nas nogi poniosą
-haha ,przed siebie?

-o właśnie

-oks haha

Gdy byłyśmy w parku ,ponownie zobaczyłam Rossa ,cały czas siedział na rowerze .
Przeszłyśmy obok nich śmiejąc się z żartu ,który powiedziała przed chwilą Weronika.

*
Po powrocie do domu ,zaczęłam się pakować . Po godzinie mama odwiozła nas do babci i wróciła do domu.

Było już późno więc położyłam się spać.

*
Na następny dzień tak jak się umówiłyśmy ja i moja siostra cioteczna Marlena ,poszłyśmy rano biegać. Przebiegłyśmy chyba z 3 kilometry.
Wróciłyśmy i zaczęłyśmy odpoczywać.

*
Było bardzo gorąco więc postanowiliśmy ,pójść na staw się pokąpać.
Pływaliśmy bardzo długo ,gdy nagle każdy zaczął do nas krzyczeć.Nie wiedzieliśmy o co chodzi. Podpłynęliśmy bliżej brzegu ,gdy dziadek krzykną

-WYCHODŹCIE ŻMIJA!!

Na te słowa zaczęliśmy uciekać z wody ,złapałam mojego braciszka i wyrzuciłam go na kładke ,moja siostra też już wyszła ,a ja z Marleną wyszłyśmy ostatnie ,ale się udało. Dopiero teraz jak wychodziliśmy zobaczyliśmy głowę wystającą z wody ,która płynie w naszym kierunku. Zaczęliśmy biec na bosaka ,po łące. Gdy dotarliśmy na podwórko Marleny odetchnęliśmy z ulgą.
*
Wieczorem zadzwoniła do nas mama ,opowiedzieliśmy jej całą sytuację z południa.

-"Dobrze ,że oni tam siedzieli i krzyczeli ,nie wiem co by się stało ,gdyby tam ich nie było" -pomyślałam

Usnęłam ,po całym dniu pełnym wrażeń.

*****************
Przepraszam was ,ze taki krotki :< ,następny będzie znacznie dłuższy ,ale skoro jest to piszcie mi co o nim sądzicie ,bardzo mi zalezy na waszych opiniach :)

Pamiętajcie więcej komentarzy - rozdział pojawi się szybciej <3






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz